sobota, 4 stycznia 2014

Rozdział pierwszy


Corall

Kolejny dzień walki z rzeczywistością, której zawsze starała się stawiać czoła. Kiedyś było jej łatwiej, między innymi dlatego, że nie zatruwała życia ciotce, a i rodzice byli gotowi pomóc na każdym kroku. I oczywiście najukochańsza siostra. Szkoda tylko, że oni wszyscy zniknęli gdy miała trzynaście lat. Mówiąc “zniknęli”, mówiła o to dosłownie.

W jednej chwili wszyscy byli jak zawsze - tata za kierownicą, sprzeczający się z mamą siedzącą na fotelu pasażera obok. On chciał zawierzyć nowoczesnej technologii GPS w celi znalezienia czegoś tam, zaś mama wolała posłużyć się wielką, ale niezawodną mapą. Corall i Andrea siedziały na tylnych siedzeniach. Patrzyła na kolorowe niebo i zastanawiała się jakie przywdzieje barwy, kiedy wzejdzie księżyc. Andrea natomiast śpiewała głośno każdą jedną piosenkę jaką usłyszała w radiu. To wydawało jej się zawsze dziwne, jakby wcześniej wyuczyła się na pamięć całej listy piosenek, którą zapoda radio. Przyjemne, ale fakt, śpiewająca na cały regulator i do tego tak piskliwie dziecięcym głosikiem siostra to utrapienie.

W kolejnej… Jakiś jeleń wyskoczył na drogę, a tata o czułym sercu nie chcąc wyrządzić krzywdy biednemu zwierzęciu, skręcił w lewo, na pobocze gdzie był las. Auto uderzyło w drzewo, a Corall miała wrażenie, że obserwuje to wszystko z zewnątrz. Widziała powyginaną stal, szkło na ziemi, okręcony wokół pnia drzewa zderzak… A w jej głowie rodziła się myśl “Co poszło nie tak?”. Gdyby jednak przed wyjazdem pojechali do salonu samochodowego poprosić o wymianę poduszek powietrznych, wszyscy pewnie by przeżyli… Policja twierdziła, że poduszka z jej strony również nie działała, a mimo to jedynymi obrażeniami jakie miała to złamana noga i skręcony bark. Żadnych obrażeń głowy. A oni wszyscy… Po prostu zniknęli. Ciała całej jej rodziny zabrano, a ją tylko przeniesiono do szpitala.

Z zamyślenia blondynkę wyrwał budzik komórki niemiłosiernie oświadczający, że kolejne pięć minut leżenia w łóżku przesądzi o jej spóźnieniu do szkoły. Zaklęła cichutko pod nosem i czym prędzej wyskoczyła z łóżka. Niemal od razu potknęła się o gigantyczne cielsko wilczura, który leżał przy łóżku. Ba, on zawsze tam leżał, ona zawsze o tym zapominała i dlatego zawsze na niego wpadała. Ale - jak zawsze - pies przyjął to z pokorą i tylko wskoczył na nią, kładąc przednie łapy na jej ramionach i polizał dziewczynę po policzku. Zaśmiała się krótko na czuły gest zwierzaka.

- Spark, zostaw. Spóźnię się przez ciebie. - mruknęła, na co zwierzę zastrzygło uszami i zeskoczyło z moich ramion. Potruchtał gdzieś za mój pokój. Czasami zastanawiała się, czy Stephanie czasami nie przygarnęła jakiegoś porzuconego na poboczu, rannego wilka, bo Spark takowego bardzo przypominał, zwłaszcza jak patrzył na każdego tymi swoimi złotymi ślepiami. Pokręciła głową z własnej bezmyślności i ruszyła do łazienki.

Po ubraniu się we wcześniej przygotowane ubrania oraz po porannej toalecie zeszła na dół po krętych schodach. To była obsesja jej ciotki - tata kiedyś opowiadał, że odkąd tylko była małą dziewczynką, zawsze pragnęła mieć własny, wielki dom na plaży z krętymi schodami. Cóż, spełniła się tylko połowa z jej marzeń. Owszem, ma domek na plaży, ale nie wielki i murowany. Mały, dostosowany do trybu życia jednej osoby, drewniany, a w nocy jak zawieje mocniej robi się straszny przeciąg i jest zimno. Do tego kręte schody skrzeczą starością przy każdym kroku.

Travis 
                Niemal całe swoje życie spędził przenosząc się z jednego miejsca w drugie. Teraz ponownie znalazł się w Montereye. Czuł mieszane uczucia przekraczając jego granice. Niegdyś jego dom, opuszczony i zostawiony daleko za sobą, daleko w swoich wspomnieniach, ponownie miał się nim stać. 
                Siedział w swoim starym fordzie mustangu, którego czerwony lakier już nie był taki czerwony. Nieco go drażnił ten kolor, ale przed drastyczną zmianą powstrzymywał go fakt, że stary samochód dostał w prezencie. Był jednak wdzięczny, że ten zabytek jeszcze jeździ, zresztą w głębi duszy związał się z tym autem.  Wystukując na kierownicy rytm piosenki, która leciała akurat w radiu wpatrywał się w okna jednego z domów stojącego przy równym , zielonym trawniku. Widział sylwetki poruszające się w środku, a jedną znał, aż za dobrze.
Corall.
Jedno imię. Jedna dziewczyna i teraz całe jego życie. Mógł o tej dziewczynie powiedzieć wszystko. Co lubi jeść najbardziej, czego nie lubi, jaki jest jej ulubiony kolor, co robi w wolnym czasie, a ona, blondynka z San Francisco nigdy nawet nie obdarowało go choćby jednym, krótkim spojrzeniem. Może i tak było lepiej? Było, bo każdy tak mówił, a sam Travis dobrze wiedział, że zbyt blisko zbliżać się mu nie wolno. Został anonimowym świadkiem jej życia, a w razie potrzeby miał działać i tak ma pozostać do końca jej życia. Ludzkiego i tak kruchego. Poprawił się na siedzeniu, gdy usłyszał, że czyjeś kroki zbliżają się do drzwi. Ściągnął stopę z hamulca i przeniósł ją na pedał gazu. Wcisnął go lekko, a samochód zaczął toczyć się dalej. Rzucił ostatnie spojrzenie budynkowi i odjechał.
Czasem go denerwowało, że musi trzymać się blisko i sprawdzać co u niej słychać. Może i przywykł do tego, stało się to dla niego rutyną od kiedy ją uratował, ale nie sądził, że to tak bardzo zaważy na jego życiu i tak bardzo je ukształtuje. Ponownie wyrwało mu się zrezygnowane westchnienie. 
                Zajechał przed cmentarz w Monterey. Kiedyś, gdy był dużo młodszy znajdowały się tu może z cztery mogiły. Teraz miejsce pochówku dzieliło się na dwie części, starą i nową. Travis powlekł się na tą pierwszą. Niektóre groby był zniszczone inne porośnięte mchem, oblepione ziemią bądź liśćmi. Kucnął przy jednym nagrobku, pod którym spoczywa jego siostra. Przez chwile na jego twarzy widać było wszystkie emocje… Przejechał dłonią po zimnym marmurze odgarniając z niego cały brud. Przypomniał sobie o świeczce trzymanej w dłoni. Wyciągnął zapałki, podpalił ją i postawił na grobie.  Wyprostował się. Jeszcze przez chwilę spoglądał na napis. Ból i tęsknota spełzły z jego twarzy. Odwrócił się na pięcie i wrócił do samochodu.
                Podjechał na szkolny parking. Jego obecność tutaj wydawała mu się tak komiczna, że aż miał ochotę zawrócić i odjechać jak najdalej stąd. Oczywiście ujarzmił swoja dumę i zgasiwszy silnik forda, wysiadł. Kalifornijskie promienie musnęły jego skórę. Ściągnął z nosa czarne okulary przeciwsłoneczne, rzucił je na siedzenie i nic nie robiwszy sobie z ciekawskich, wręcz natrętnych spojrzeń, skierował się do środka ceglanego budynku. W pierwszej chwili hałas panujący na korytarzu boleśnie zaatakował jego wrażliwy słuch, ale po chwili przywykł do głośnego tłumu. Udał się do sekretariatu szkolnego. Za ladą beżowego, dość niskiego kontuaru siedziała uśmiechnięta kobieta. Na jej blond włosach pojawiały się gdzie nie gdzie siwe pasma, a na twarzy gościły pojedyncze zmarszczki. Gdy jej zielonkawe oczy spoczęły na Travisie, jej uśmiech stał się zadziwiająco szeroki. Skinął jej tylko głową i wymamrotał obojętnie „dzień dobry”. Podał jej teczkę z dokumentami, które w niektórych fragmentach mijały się z prawdą. Kobieta z uwagą prześledziła wszystko, nie zważając nawet, iż dzwonek dawno oświadczył początek zajęć. Chłopak odchrząknął cicho, co wyrwało ją z „pracy”.
- Najwidoczniej wszystko się zgadza, ale zapewne będziesz jeszcze musiał tutaj zajrzeć. - Powiedziała. Otworzyła jakąś szafkę i wyciągnęła z niej prostokątną, nie dużą kartkę i wręczyła ją chłopakowi. - To twój plan. - Oświadczyła. Travis bez słowa odwrócił się na pięcie i skierował na pierwszą lekcję, a mianowicie historię. Bynajmniej nie polegnie.

4 komentarze:

  1. Wpadłam na tego bloga całkowicie przypadkiem, ale nie żałuję. Przeczytałam rozdział i jestem pod ogromnym wrażeniem tego, co tu napisałaś. Interesuje mnie postać głównie Travisa. Jakim cudem on wie wszystko o Corall, a ona nie właściwie nie wie o jego istnieniu? I jak to chłopak uratował ją kiedyś? Jestem bardzo ciekawa dalszych rozdziałów. Byłabym wdzięczna, gdybyś chciała informować mnie o nowych rozdziałach. A korzystając z okazji chciałabym zaprosić cię do siebie. Może zainteresuje cię moje nowo zaczęte opowiadanie. Zapraszam!

    [ january-fanfiction.blogspot.com ]

    Ps. Proponuję usunąć weryfikację obrazkową i ustawić możliwość komentowania przez anionimowych czytelników. Wtedy będzie ich więcej niż tylko ci, którzy muszą komentować poprzez zalogowanie ;)

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo przyjemny i dobry rozdział. Podoba mi się, że piszesz dojrzale, używając ciekawych słów ;> Zauważyłam kilka błędów, które uraziły mojej oczy, (a uwierz mi, rzadko dostrzegam błędy.)
    Bo to tak:
    "okręcony zderzak wokół pnia drzewa zderzak…" - jakoś to powtórzenie słowa "zderzak" mi nie pasuje.
    "jedynymi obrażeniami jakie miałam do złamana noga i skręcony bark." - chyba chodziło Ci o "to" a nie "do".
    "Ściągnął z nosa czarne okulary przeciw słoneczne" - "przeciwsłoneczne" piszę się razem.
    To chyba wszystko, choć dobrze gdybyś jeszcze raz przeczytała cały tekst. Jedyną wadą, dla mnie, jest dość długa treść. Oczywiście to tylko twój wybór więc się nie czepiam, ale z doświadczenia wiem iż trudno znaleźć czas na czytanie długich postów ♥ ♥ ♥
    Na prawdę cieszę się, że wpadłam na twojego bloga, mam nadzieje, że ty wpadniesz na mojego: fioletowe-rajstopy.blogspot.com
    Ps.: Przepraszam za jakiekolwiek błędy ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy za zwrócenie uwagi odnośnie błędów - już poprawione :)

      Riri i Wróg Czasu

      Usuń
  3. Hej bardzo podoba mi się rozdział 1, także już rozpędzam się do czytania 2.
    Czuję odrobinę fantastyki, historia przypomina mi jedną książkę ale Wasza opowieść jakoś bardziej przypada mi do gustu.
    Więcej napiszę pod 2 :)
    Pozdrawiam Kilulu

    OdpowiedzUsuń

Prosimy o szczerą opinię w komentarzach. To właśnie Wasze słowa wywołują uśmiechy na naszych twarzach, a także wskazują błędy, które w przyszłości się nie powtórzą.

Szkolne plotki

Szablon wykonała Sasame Ka dla Zaczarowane Szablony